W tym meczu było wszystko: od euforii, po załamanie i zwątpienie miejscowych kibiców i zawodników. MKK niestety pożegnał się z rozgrywkami już na wstępnym etapie.
Po pierwszym wyjazdowym triumfie MKK nad Pogonią, drugi mecz udowodnił, że już na tym etapie nie ma faworytów rywalizacji. Gospodarze od początku mieli problem z wykańczaniem akcji ofensywnych, goście dla odmiany dobrze się czuli w rzutach z dystansu, więc ich przewaga cały czas rosła. W pierwszej części Pogoń prowadziła już 10 punktami, MKK zdołał zniwelować w części tą stratę, ale w drugiej kwarcie ponownie jego gra była daleka od ideału. Rywale znów objęli wyraźną przewagę (27-41), lepiej czuli się atakując, skuteczniej penetrowali strefę podkoszową i widzieli, że miejscowi nie są w tym fragmencie meczu pewni w swoich poczynaniach. MKK wyglądał tak, jakby nie bardzo wiedział co się dzieje i był zaskoczony swoją koszmarną skutecznością, przez co jeszcze przed przerwą Pogoń odskoczyła na największą przewagę 49-32 i tak zeszła do szatni.
Po wznowieniu MKK dalej nie opanował nerwów, bo już po 120 sekundach sędziowie usunęli z boiska do końca spotkania Mikołaja Czyża za niesportowe zachowanie. Wyeliminowanie kluczowego gracza mogło oznaczać jedno – poważne problemy, szczególnie że goście prowadzili już 56-35 i nie widać było żadnego punktu zwrotnego w wykonaniu „Orłów”. Pogoń dalej robiła swoje, a dokładniej tercet Szczepanik-Kondraciuk-Ziółkowski, bo tylko na tych graczach opierała się ofensywna siła rywali. Trener Konowalski nie miał z kolei w kim wybierać, bo oprócz Huberta Konowalskiego, wszyscy grali na marnym procencie rzutowym. Coś w końcu drgnęło pod koniec trzeciej kwarty, gdy zniwelowaliśmy połowę strat (50-61), zespół wyraźnie się ożywił, a Pogoń w końcu nie grała z taką swobodą. Była to wymarzona sytuacja, by przed ostatnią częścią wybić przeciwnika z rytmu na dobre, jednak żywiołowego momentu nie wykorzystaliśmy i przed finałową kwartą mieliśmy 10 oczek do odrobienia. Zanosiło się na wojnę, bo przypomnijmy, w pierwszym meczu minimalnie lepszy był MKK (82-80)
Nie minęło 60. sekund a mieliśmy już tylko sześć punktów straty i to co jeszcze kilkanaście minut wcześniej wydawało się nierealne, nagle zaczęło przybierać zupełnie inny obraz. Pogoń rozsypywała się w oczach z każdą minutą, MKK wyglądał jakby dostał trzecie życie w meczu i mecz zaczął robić się szalony. Efekt? Remis na sześć minut przed końcem! To był comeback roku w tej hali i ponad półgodzinna pogoń. Goście jednak nie odpuszczali i po chwili znów objęli prowadzenie 70-65. Po knockdownie pozbierali się, uporządkowali w ofensywie i na trzy minuty przed końcem to oni znów wyglądali solidniej. MKK z kolei wpadł ponownie w wir indolencji w ataku i nie odrobił strat, a to oznaczało
Sklep Polski MKK Gniezno – Pogoń Mogilno 75-85 (19-27, 13-22, 21-14, 22-22)











0 komentarzy