Enea MKS nie był w stanie odnieść pierwszego w historii zwycięstwa w regulaminowym czasie nad Lublinem. Były dobre momenty, ale w przekroju całego spotkania gospodynie nie zagrały niczego szczególnego.
MKS zaczął mecz koszmarnie. Kompletnie nic nie kleiło się w grze gospodyń, które nie mogła złapać rytmu, grały nerwowo, czego przykładem były też słabo wykonywane rzuty karne (tylko jeden z trzech wpadł bezpośrednio do bramki). Po kwadransie rywalki prowadziły 9-3 i gdyby nie dobra postawa w bramce Hypki, mogło być bardzo źle. Kobieta jednak zmienną jest i przykład na to mieliśmy jeszcze przed przerwą.
MKS odgonił „złe demony”, pomogły w tym trochę lublinianki, które zaczęły się seryjnie mylić i w 28.minucie zobaczyliśmy remis na tablicy. Była nawet szansa na prowadzenie do przerwy, ale ostatecznie bez wskazania skończyła się pierwsza połowa (13-13). Pytanie brzmiało: czy „Pszczoły” stać na podtrzymanie tego tempa i wygranie pierwszy raz w historii z utytułowanym rywalem?
Odpowiedź dostaliśmy szybko, bo gospodynie od początku znów zaczęły koncert błędów i po 10. minutach było minus pięć (17-22). Dwadzieścia minut później już wiedzieliśmy, że ten zryw był niezwykle ważny, bo MKS szukał sposobów na dojście rywalek, ale nie był w stanie odrobić strat. Szkoda, bo kilka razy pomyliliśmy się w najprostszych sytuacjach sam na sam, dużo gorzej w tej części wyglądały nasze skrzydła. Lublin z pewnością był dziś do ogrania, gdyby tylko MKS zagrał na dobrym poziomie.
Enea MKS Gniezno – PGE MKS El-Volt Lublin 25-29 (13-13)










0 komentarzy